„Kolekcjonerski”. Kariera jednego przymiotnika, który zbudował czarny rynek
Są słowa, które w języku polskim pracują na dwie zmiany: w dzień znaczą to, co w słowniku, a w nocy — coś zupełnie innego. „Kolekcjonerski” należy do tej drugiej kategorii od dobrych kilkunastu lat. W słowniku odsyła do pasji zbierania: monet, znaczków, starych dokumentów. W wyszukiwarce — do jednego z trwalszych procederów polskiego internetu.
Od dowodów do dyplomów
Zanim przymiotnik trafił do ogłoszeń o dyplomach, zrobił karierę przy dowodach osobistych. „Dowody kolekcjonerskie” — plastikowe karty łudząco podobne do prawdziwych, sprzedawane z dopiskiem o „celach pamiątkowych” — były na tyle poważnym zjawiskiem, że państwo odpowiedziało ustawą. 12 lipca 2019 r. weszła w życie ustawa o dokumentach publicznych, która wprowadziła do polskiego prawa pojęcie repliki dokumentu publicznego i kcategoryczny zakaz: kto wytwarza, oferuje, zbywa lub przechowuje w celu zbycia taką replikę, podlega karze do 2 lat pozbawienia wolności (art. 58). Rynek „dowodów kolekcjonerskich” w dotychczasowej formie stracił rację bytu. Ale słowo zostało — i przeniosło się tam, gdzie wciąż miało coś do ukrycia: na dyplomy uczelni i świadectwa szkolne, które również figurują w wykazie dokumentów publicznych.
Co dokładnie ma ukryć
Mechanizm jest językowo elegancki. Sprzedawca nie ogłasza „podrobię ci dyplom” — ogłasza „dyplom kolekcjonerski”, czasem z dopiskiem, że produkt „nie służy do celów urzędowych”. Kupujący dostaje gotową narrację obronną, sprzedawca — pozór legalności. Tyle że pozór ten nie wytrzymuje ani konfrontacji z przepisem (art. 58 penalizuje samo oferowanie repliki, bez względu na nazwę produktu), ani z logiką. Prawdziwe kolekcjonerstwo dokumentów istnieje: to rynek przedwojennych świadectw, dyplomów nieistniejących uczelni, papierów z historią. Żaden z tych przedmiotów nie jest wystawiany na nazwisko kupującego, z wybranym przez niego kierunkiem studiów i oceną na dyplomie.
Test jednego zdania
Odróżnienie pasji od procederu nie wymaga prawniczego wykształcenia. Wystarczy jedno pytanie: czy ten przedmiot ma jakąkolwiek wartość, jeśli nie udaje oryginału? Zabytkowe świadectwo z 1938 r. — ma: jest świadkiem epoki. „Dyplom kolekcjonerski” współczesnej politechniki z twoim nazwiskiem i tegoroczną datą — nie ma żadnej. Jego jedyną funkcją jest bycie wziętym za dokument prawdziwy, a to już terytorium art. 270 Kodeksu karnego, który za posłużenie się podrobionym dokumentem przewiduje od 3 miesięcy do 5 lat.
Słowa bywają cierpliwe: potrafią latami nosić cudze znaczenia i świetnie na tym zarabiać. Ale język to jedno, a rejestr faktów — drugie. Kto chce zobaczyć, jak wygląda ten rynek od kuchni, które serwisy go tworzą i dlaczego ich sztandarowa obietnica jest technicznie niewykonalna, znajdzie pełne zestawienie tutaj: „dyplomy kolekcjonerskie – ostrzeżenie i lista stron”. Warto przeczytać, zanim przymiotnik znów pójdzie na nocną zmianę.